Koniec „szatańskiego imperium” – Cortes podbija państwo Azteków
„Boże! – wykrzyknął Cortes – dlaczego
zezwalasz, aby w tym kraju tak wielką cześć oddawano Diabłu? Pozwól nam
Panie służyć Ci w tej krainie.”[1]
Kiedy w XVI wieku Europejczycy przybyli
na obszar Meksyku napotkali tam cywilizację, której korzenie sięgały
ponad 3000 lat wstecz[2].
Jej osiągnięcia: architektura, kalendarz, pismo z rachubą czasu, wiedza
astronomiczna – odkrywane stopniowo przez przybyszów, budziły wśród
nich zdziwienie i podziw. Jednak to tylko jedna „strona medalu”, druga
jest o wiele bardziej dramatyczna.
W większości znanych mi podręczników do
historii, poczynając od szkoły podstawowej (nie będę podawał tu żadnego
tytułu – zainteresowani nie będą mieli większych problemów ze
znalezieniem pozycji o których piszę), znajdziemy informację o
wspaniałości owych starożytnych cywilizacji prekolumbijskich, czasami
wzbogacone zdjęciami „niewinnie” wyglądających bożków (jeden z tytułów:
„aztecki bożek miłości”), a obok opis zniszczenia tych kultur przez
hiszpańskich konkwistadorów. Bardzo często w prezentowanej treści
widoczna jest też wyraźna dysproporcja między podbojem dokonywanym przez
katolików (Hiszpanów i Portugalczyków) w Ameryce Łacińskiej, a tym, co
miało się dziać w znacznej części Ameryki Północnej – zasadniczo strefie
wpływów protestanckich (obszar ten kolonizowany był głównie przez
Anglosasów). Dzieje się to wbrew oczywistym faktom: w Ameryce Północnej
rdzenna ludność została wyniszczona niemalże zupełnie, w Ameryce
Południowej większość dzisiejszych mieszkańców to Indianie, albo ich
potomkowie ze związków z kolonistami. Vittorio Messori w książce „Czarne
karty Kościoła” pisał:
„W odróżnieniu od katolików hiszpańskich
i portugalskich, którzy żenili się z Indiankami, uznając je za takie
same stworzenia ludzkie jak oni sami, protestanci (zgodnie z logiką,
którą wywodzono ze Starego Testamentu) mieli o sobie wyższe mniemanie,
uważając się za „szczep wybrany”, pochodzący od Izraela. To w połączeniu
z teologią o predestynacji (Indianin jest czymś gorszym, ponieważ
przeznaczony jest na potępienie, podczas gdy wyższość białego jest
znakiem wybraństwa Bożego) sprawiło, że mieszanka etniczna, a nawet
kulturalna, uważana była za pogwałcenie opatrznościowego planu Bożego.
(…) Związków mieszanych między białymi, a Indianami w Ameryce Płn. po
prostu nie było. Hiszpanie nie uważali ludności ze swoich terytoriów za
gorszą, którą należy usunąć, aby móc się tam osiedlić jako właściciele i
władcy. Nigdy też król Hiszpanii nie koronował się jako imperator
Indian, w przeciwieństwie do króla Anglii, i to jeszcze w początkach XX
wieku. Niezmiennie od samego początku kolonizatorzy protestanccy
uważali, iż mają oczywiste prawo, płynące z samej Biblii, do posiadania
bez ograniczeń całej ziemi, jaką tylko zdołają zdobyć, wyrzucając lub
eksterminując jej mieszkańców.”
Prawdą jest, że wiele działań
podejmowanych także przez katolickich zdobywców zasługuje na potępienie.
Nadużyć nie brakowało, dopuszczali się ich i wielcy zdobywcy i prości
żołnierze (prawdopodobnie sam Kolumb z tego tytułu został odwołany), dla
których niejednokrotnie kresem marzeń było złoto. Spotykały się one
często z ostrą reakcją korony hiszpańskiej, która wzięła Indian pod
swoją protekcję, a Karol V wyznaczył dominikanina o. Bartolome de Las
Casasa (1484—1566) „Oficjalnym Protektorem Wszystkich Indian” z
poleceniem zakończenia ich ucisku (opracował on w 1542 r. formułę
„Nowych Praw” łączących prawa korony hiszpańskie z regionalnymi).
Nie można jedna przejść do porządku
dziennego nad uwarunkowaniami religijnymi cywilizacji, z którymi
przyszło się zmierzyć przybyszom z Europy. Uwarunkowaniami, które
sprawiły, że indiańscy zdobywcy (np. Majowie, Mexikowie), jeszcze przed
przybyciem Hiszpanów, zrazili do siebie podbite ludy tubylcze, które
stanęły do walki po stronie przybyszów zza morza.
Warren H. Carroll pisze wprost o zniszczeniu „szatańskiego imperium”[3].
W Wielki Piątek 1519 r. Hernán Cortes wraz z pięciuset Hiszpanami
przybywa do Veracruz (Prawdziwy Krzyż). Tak rozpoczyna się cała,
brzemienna w dalekosiężne skutki, historia wyzwalania tego terytorium
spod „jarzma zła” (30). Imperium Azteków (właś. Mexików) zamieszkiwało
zapewne około piętnastu milionów ludzi, jego stolicą było leżące na
brzegu jeziora Texcoco miasto Tenochtitlan (Kaktusowa Skała, dzisiejsze
Mexico City). Tak jak w każdym dużym azteckim mieście, w jego centrum
znajdowała się świątyni w kształcie piramidy. „Miesiąc po miesiącu, rok
po roku, ulicami […] szli ludzie, których miano złożyć w ofierze;
docierali do podnóżka schodów, wspinali się po nich ku platformie na
szczycie. Tam, kapłan o twarzy i dłoniach zabarwionych na czarno, nigdy
nie mytych włosach […], zaczepiał hakiem szyję skazańca i zmuszał go do
położenia się na wypukłych, gładkich kamiennych blokach. Ogromy nóż o
ostrzu z czarnego wulkanicznego szkliwa unosił się i opadał, rozcinając
ciało ofiary. Wyrywano jej serce i ciągle bijące unoszono wysoko, aby
wszyscy mogli je ujrzeć. Zwłoki kopnięciem zrzucano za skraju świątynnej
platformy […]. Później kawałki ciała spożywano w rytualnych obrzędach”
(31). Liczba ofiar składach corocznie w azteckich miastach mogła wynosić
ponad pięćdziesiąt tysięcy. W 1487 r., w Tenochtitlan, ku czci boga
Huitzilopochtli (inne nazwy: Koliber z Południa, Pijący Krew, Wielbiciel
Serc) – któremu właśnie wzniesiono nową świątynię – w ciągu kilku dni
i nocy, zabito w ofierze około osiemdziesięciu tysięcy ludzi.
Towarzyszyło temu przerażające bicie w bębny, które zrobione były ze
skóry węży. Prof. Carroll pisze: „W dziejach ludzkości nigdzie indziej
nie powstał równie sformalizowany i zinstytucjonalizowany kult Szatana, w
którym pojawia się tyle jego rzeczywistych imion, tytułów i symboli”
(31).
Pięć stuleci wcześniej ze środkowego
Meksyku został wygnany król-kapłan boga Quetzalcoatla, Ce Acatl
Topilitzin – z czasem utożsamiony z samym bóstwem. Miał on sprzeciwiać
się krwawym obrzędom. Według wierzeń Tolteków, a później także Azteków
zapowiedział on swój powrót zza wschodniego morza i upomnienie się o
należne mu dziedzictwo wraz z podjęciem walki z krwawymi ofiarami z
ludzi. Stać się to miało w roku pierwszej trzciny, dziewiątego dnia
wiatru – rokiem pierwszej trzciny był właśnie rok 1519 naszego
kalendarza, „a Wielki Piątek przypadał dziewiątego dnia wiatru” (s. 32).
Na sztandarach niesionych przez ludzi
Cortesa, witanych przez wysłanników Montezumy II, widniał napis: „Bracia
i towarzysze, pójdźmy za owym znakiem Krzyża Świętego z prawdziwą
wiarą, a przezeń zwyciężymy” (32—33). Cortes przybył wraz ze swoimi
ludźmi na jedenastu okrętach, jeden z nich wysłano do Hiszpanii,
dziewięć zaś zniszczono, dając tym samym sygnał, że odwrotu z obranej
drogi nie ma: „jedynym naszym ratunkiem jest dzielna walka i mocna
odwaga” (s. 33). Ze względu na to, że odwagi nie zabrakło nikomu – nikt
nie chciał wracać na Kubę – zniszczono również i ostatni okręt. Misja
był rozpoczęta, ale jej skutek, z ludzkiego punktu widzenia, wcale nie
był łatwy do przewidzenia.
Hiszpanie wyruszają w głąb państwa
Azteków. Na początku nie napotykają zorganizowanego oporu (w niewielkich
potyczkach odnoszą zwycięstwa). Montezuma i jego ludzie widzą zapewne w
przybyszach oddział Quetzalcoatla. U wejścia do Kaktusowej Skały na
przywitanie Cortesa wyszedł sam Montezuma (8 listopada 1519 r.). „Gości”
zakwaterowano w budynku naprzeciw świątyni Huitzilopochtli, gdzie mogli
zobaczyć schody ociekające krwią, zaś za ich „plecami” znajdował się
teren, gdzie trzymano dzikie zwierzęta, które karmiono ciałami ludzi.
Konkwistador zapowiedział, że na szczycie piramidy umieści krzyż i
ustawi obraz Matki Bożej. Obawiając się, że czas działa na ich
niekorzyść, Cortes nakazał aresztować Montezumę. W styczniu 1520 r.
ustawiono ołtarz, krzyż i obraz Dziewicy Maryi. Kapłani azteccy
zagrozili rebelią. Jednak posągi bożków zostały usunięte – odśpiewano Te Deum
i zaczęto sprawować Najświętszą Ofiarę. Nie trwało to jednak długo.
Mimo że z Kuby przybyły posiłki, napięcia w stosunkach z Indianami
zaczęły narastać (z rąk samych Indian ginie Montezuma), pod koniec
czerwca Cortes musi wycofać się z azteckiej stolicy – ginie połowa jego
armii. Hiszpanie wzięci do niewoli zostali złożeni w ofierze. Cortes nie
rezygnuje, wycofuje się na terytorium Indian Tlaxcala (37), po drodze
odnosi spektakularne zwycięstwo nad przeważającym siłami wroga
(dysponuje niewielkim oddziałem kawalerii, kilkoma kolczugami i
mieczami) pod Otumba. „W Tlaxcala indiańscy sojusznicy Cortesa powitali
go jako bohatera […]. W lutym 1521 roku Cortes maszerował już na aztecką
stolicę na czele uzupełnionej silnymi posiłkami hiszpańskimi armii,
liczącej teraz około tysiąca żołnierzy, mając pod swoją komendą ponad
dwadzieścia tysięcy indiańskich sojuszników – armia ta w kolejnych
miesiącach urosła do z górą stu tysięcy ludzi” – papież przesłał
specjalne bulle odpustowe (39). W sierpniu Hiszpanie wzięli do niewoli
azteckiego władcę, któremu Cortes darował życie.
„Szatańskie imperium zostało zniszczone.
Chrześcijaństwo mogło teraz wkroczyć do Meksyku. W ciągu dwudziestu
pięciu lat dosłownie cały kraj został nawrócony, głównie za sprawą
objawienia się Błogosławionej Dziewicy Maryi u wzgórza Tepeyac,
niedaleko Mexico City, w grudniu 1531 roku.” (39) Ale to już temat na
inną opowieść…
Artur Górecki
[1] Cyt. za: W. H. Carroll, Historia chrześcijaństwa, t. IV, Wrocław 2011, s. 36.
[2]
Aktywność człowieka na obszarze Meksyku i rejonach przyległych sięga
25—30 tysięcy lat przed. Chr. Osoby zainteresowane dziejami tego
regionu w okresie prekolumbijskim mogą sięgnąć po pracę J. Olko, Meksyk przed konkwistą, Warszawa 2010.
[3] W. H. Carroll, op. cit., s. 39. Dalszą część swojego tekstu oparłem na fragmencie rozdziału I z IV tomu jego pracy Historia chrześcijaństwa
– głównie ss. 30—40. Osoby zainteresowane tam też znajdą wskazania
bibliograficzne dotyczące poruszanych kwestii. Cytaty z tej pracy będę
opatrywał numerem strony podanym w nawiasie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz