Historia to
nauka, która ma przełożenie na praktyczną sferę naszego życia; wiedza z jej
zakresu wpływa na dokonywane przez nas wybory dnia codziennego, także polityczne,
pozwala nam na krytyczny odbiór treści prezentowanych w mediach itd. Jest ona
sztuką krytycznego myślenia, nie jest natomiast - wbrew temu, co twierdzą
niektórzy - sztuką dla sztuki. Są to fakty, które powinny przemawiać na rzecz
uczynienia z tego przedmiotu jednego z filarów kształcenia dzieci i młodzieży.
Jest jednak inaczej. Kolejne etapy reformy szkolnictwa przyniosły redukcję
godzin historii w liceum (w czteroletnim liceum było ok. 240 godzin, w trzyletnim
zostało od. 150 godzin, po kolejnej zmianie będzie ich zaledwie 60), a co za
tym idzie zmniejszanie treści programowych (zwróćmy uwagę, że jednocześnie uczniowie
mają zagwarantowane cztery godziny wychowania fizycznego w tygodniu!).
W imię
likwidacji systemu, w którym uczniowie w gimnazjum i liceum przerabiają cały
program historii (wszystkie epoki) dwa razy, ale w systemie „spiralnym” (polegającym
na dostosowaniu przekazywanych treści do ich możliwości psychorozwojowych),
proponuje się system „linearny”, w którym „przerobienie” całego materiału
kończy się w pierwszej klasie liceum. A później, systematyczny kurs
powtórzeniowy - zresztą rzeczywiście dosyć intensywny - mają mieć tylko
uczniowie przygotowujący się do matury z tego przedmiotu. Pozostali uczestniczą
w zajęciach bloku humanistycznego, który obejmuje wybrane w sposób dowolny
przez nauczyciela zagadnienia z historii i wiedzy o społeczeństwie (np. można
skupić się na wojskowości, albo relacjach między kobietami i mężczyznami na
przestrzeni epok). Jeśli weźmiemy jeszcze pod uwagę, na co rzadko zwraca się
uwagę w toczącej się debacie (słowo debata zostało użyte na wyrost, gdyż
rzeczywistej dyskusji obejmującej chociażby tylko środowisko nauczycieli
historii nie było, a tzw. konsultacje społeczne organizowane przez MEN to była
farsa; szkoda również, że w czasie dyskusji w studio „Warto rozmawiać”
dyrektorzy szkół potraktowani zostali jako „drugorzędni” uczestnicy debaty,
gdyż posadzono ich wśród publiczności), obniżenie wieku szkolnego (kolejny „genialny”
pomysł MEN), oznacza to, że młody człowiek będzie kończył swoją przygodę z
systematyczną edukacją historyczną w wieku 14-15 lat. Warto zainteresować się
tym, co na ten temat mówi psychologia rozwojowa; jakie są możliwości
percepcyjne dziecka w tym wieku, a szczególnie jak wygląda u niego zdolność do abstrakcyjnego
myślenia. No cóż, dla rządzących jest zdecydowanie lepiej jeśli większość
obywateli w państwie to ludzie niezdolni do samodzielnego, krytycznego
myślenia. Pożądane jest natomiast wyposażenie ich w pewien zasób umiejętności, których
kształtowanie tak bardzo podkreślają luminarze reformy edukacyjnej (mówią oni o
tzw. kompetencjach, czyli umiejętnościach użytecznych na rynku pracy), który
czyni z nich, nie tyle istoty myślące, co sprawnych wykonawców określonych
czynności. Nie jest prawdą, że współczesny człowiek, mający łatwy dostęp do
różnorodnych źródeł informacji nie potrzebuje wiedzy, wręcz przeciwnie, aby móc
w sposób świadomy reflektować rzeczywistość potrzebna jest przynajmniej
podstawowa ogólna wiedza na temat różnych obszarów jej funkcjonowania. Zbyt
wczesna specjalizacja nie służy zdobyciu gruntownego wykształcenia ogólnego. Najlepiej
widać owe deficyty na studiach, gdzie częstokroć nie można odwołać się do podstawowych
faktów, które winny stanowić składową owego wykształcenia ogólnego (studenci
mają np. problemy z odróżnieniem Karola Wielkiego od Kazimierza Wielkiego,
Stanisława Augusta Poniatowskiego od Zygmunta Augusta). Mamy do czynienia z
ewidentną degradacją intelektualną młodego pokolenia (a zatem nie powinien nas
cieszyć fakt, że tak znaczny procent młodych ludzi idzie na studia, gdyż
znaczna ich cześć nigdy nie powinna przekroczyć progów wyższej uczelni). W
znacznym stopniu za zaistniały stan rzeczy winę ponosi system edukacji w
Polsce. System, który jest permanentnie reformowany i to w sposób uwłaczający
wszelkim standardom (np. wprowadzanie zmian ad hoc, bez pozostawienia
odpowiedniego czasu na ich wdrożenie, np. wprowadzony w tym roku tzw. „projekt
gimnazjalny” czy ubiegłoroczne zmiany w systemie nadzoru pedagogicznego).
Tymczasem
kolejne zmiany programowe w odniesieniu do historii uzasadnia się np. tym, że
niewielki procent (ok. 6%) licealistów zdaje ten przedmiot na maturze. Jest to
argument wręcz śmieszny, szczególnie gdy wypowiada go osoba z tytułem
profesorskim (prof. Jolanta Choińska-Mika – historyk z UW), która firmuje swoim
nazwiskiem tę nieudolną reformę (nieudolną jeśli przyjąć, iż jest ona skutkiem
ignorancji - natomiast przy założenie, że obniżanie świadomości historycznej
społeczeństwa jest rzeczywistym celem tych zmian, wtedy należy uznać, że
podejmowane działania realizują ów cel w 100%). O wyborze przedmiotu na
egzaminie maturalnym decydują względy pragmatyczne, a nie tylko, i nie przede
wszystkim, zainteresowanie danym przedmiotem. Po pierwsze, uczniowie wybierają
te przedmioty, które potrzebne są im, aby dostać się na wybrany kierunek
studiów (proszę sprawdzić jak mało jest kierunków, na które wymagany jest
egzamin z historii). Po drugie, nawet jeśli mają oni możliwość wybrania
pomiędzy historią, a np. geografią, wybierają z reguły ten przedmiot, którego
zakres treściowy jest mniejszy – historia jest tu na straconej pozycji (sam
wielokrotnie doradzałem moim uczniom takie rozwiązanie). Po trzecie, i wcale
nie najmniej ważne, jest to, że uczenie się historii w ogóle, a przygotowywanie
do egzaminu z tego przedmiotu to dwie różne sprawy. Nie da się nauczyć
historii, stawiając sobie jednocześnie za cel przygotowanie ucznia do matury w
takim kształcie, w jakim ona funkcjonuje dziś (zdecydowanie lepszym
rozwiązaniem była tzw. stara matura!). Doświadczenie podpowiada, że najlepiej
na maturze z historii wypadają wcale nie ci uczniowie, którzy są dobrym
„materiałem” na historyków, lecz ci przeciętni. Tezę tę potwierdzają obserwacje
wykładowców na wydziałach historycznych (państwowych, dziennych studiów), na
które dostają się przecież osoby z najlepszymi wynikami uzyskanymi na maturze z
historii (oczywiście nulla regula...).
Zwolennicy
proponowanych zmian mówią również o tym, że dają one większe możliwości
zastosowania różnorakich metod pracy z uczniem, w kontekście tym mówi się np. o
projektach edukacyjnych. Tak naprawdę nie wiem, co stoi na przeszkodzie, aby
wykorzystywać tę formę pracy z uczniami już teraz. Bez wątpienia jednak nie da
się nauczać historii bez osadzenia wydarzeń w czasie i przestrzeni. Forma
wszelakich projektów edukacyjnych jest jak najbardziej przydatnym narzędziem
mającym wspomagać edukację historyczną, ale nigdy nie zastąpi systematycznego
wykładu dziejów. Aby móc mówić o historii lokalnej (małe ojczyzny), rodzinnych,
trzeba najpierw posiąść wiedzę na temat ogólnych ram, w których się dokonywały
się owe wydarzenia. Nie będzie służyła temu dobrze szkoła, w której nauczyciel
będzie prowadził permanentną debatę z uczniami na temat różnych narracji
historycznych tworzonych w odniesieniu do konkretnego wydarzenia (np. ONR, Jedwabne,
podziemie niepodległościowe po 1945 r. czy stan wojenny, okrągły stół). Gdyż
nie ma prawd równorzędnych - nie wolno nam (wbrew wszelkim modnym dziś
programom mającym wychowywać do życia w świecie wielokulturowym zamazującym
jednocześnie własną tożsamość) młodego człowieka wychowywać ku relatywizmowi.
Dyskusja winna służyć temu, aby zbliżać nas do prawdy, a nie wyrabiać
przekonanie, że jej nie ma.
Widocznym
skutkiem działań reformatorów jest infantylizacja świadomości historycznej (25%
młodych Polaków uważa, że zbrodni w Katyniu dokonali Niemcy!). Jeśli nikt nie
powstrzyma kolejnego etapu reformy, proces ten będzie się tylko pogłębiał. Nie
wystarczy tu jednak żadna kolejna korekta reformy, należy odrzucić całą
filozofię, która legła u podstaw zmian w oświacie dokonywanych od lat 90. XX w.
Bez tego na rzeczywistą poprawę sytuacji nie ma co liczyć, gdyż potrzebne są tu
zmiany o znaczeniu fundamentalnym (mówiąc obrazowo: kolejny remont ruiny
generuje o wiele większe koszty niż rozbiórka i wzniesienie nowego budynku),
systemowym. Najlepiej oczywiście gdyby takiego systemu nie było w ogóle, a
rodzice decydowali, czy kształcą dziecko sami, czy też posyłają do tej lub
innej szkoły, która ma pełną autonomię w zakresie dydaktycznym i wychowawczym (a
skuteczność jej pracy weryfikowałaby rekrutacja na studia) – nie powinno
wykluczać to oczywiście prowadzenia przez państwo mądrej polityki historycznej.
Jest jednak inaczej i raczej nic nie zapowiada, aby miało się coś w tym
względzie zmienić.
dr Artur Górecki
również w
„Naszym Dzienniku” 2010-11-22
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz