piątek, 22 maja 2015
Postmodernizm a wychowanie
Postmodernizm pojmuje wychowanie jako tworzeniem
nowego człowieka bez możliwości oparcia się na jakichkolwiek
wzorach. Jest to swoista kreacja ex nihilo, a nie wprowadzanie młodego człowieka w świat kultury.
Filozofia tomistyczna a wychowanie
Filozofię, na której można zbudować spójną teorię wychowania, musi
cechować przede wszystkim uniwersalność, pozwalająca uniknąć
wybiórczości podejścia i zobaczyć człowieka jako całość w pełnym
bogactwie jego bytu.
czwartek, 21 maja 2015
Papież Franciszek: rodzice muszą powrócić z edukacyjnego wygnania
"Rodzice
muszę się ponownie w pełni zaangażować w wychowanie swych dzieci. Muszą
powrócić z edukacyjnego wygnania, na które udali się za radą rzekomych
ekspertów – mówił Franciszek na
audiencji ogólnej. Katechezę poświęcił wychowaniu dzieci, odnosząc się
do mądrościowej reguły wyrażonej przez św. Pawła: „Dzieci, bądźcie
posłuszne rodzicom we wszystkim, bo to jest miłe w Panu. Ojcowie, nie
rozdrażniajcie waszych dzieci, aby nie traciły ducha”. Reguła ta wyraża
mądrość i równowagę, jakimi powinna odznaczać się wzajemna relacja
między rodzicami a dziećmi.
Franciszek przyznał, że wychowywanie jest dziś coraz trudniejsze. Rodzice mają dla dzieci coraz mniej czasu, oboje muszą pracować, widują się z nimi tylko wieczorami. A ponadto zostali zakwestionowani w swojej roli wychowawczej przez czynniki ideologiczne.
Franciszek przyznał, że wychowywanie jest dziś coraz trudniejsze. Rodzice mają dla dzieci coraz mniej czasu, oboje muszą pracować, widują się z nimi tylko wieczorami. A ponadto zostali zakwestionowani w swojej roli wychowawczej przez czynniki ideologiczne.
niedziela, 17 maja 2015
Sentymentalizm
"Sentymetalizm jest doktryną jednostronną, a więc tem samem płytką i błędną." (o. Jacek Woroniecki, "Około kultu mowy ojczystej")
Niestety sentymentalizm bardzo mocno "przenika" również naszą współczesną edukację (skażenie okazało się trwałe), prowadzi do subiektywizmu i bierności. Degraduje on kierowniczą rolę rozumu i woli na rzecz uczuciowości opartej na przeżyciu zmysłowym.
piątek, 15 maja 2015
Ogołoceni z męskości
"twój syn i tysiące innych, takich jak on, jest teraz nieomal ogołoconych z męskości przez współczesną, zsekularyzowaną, feministyczną kulturę. Od kilku ostatnich dziesięcioleci kultura ta, stale i nieustępliwie, uniemożliwia rozwój właściwych poglądów na to, co to znaczy być mężczyzną." (R. Lewis, Warto byś rycerzem)
VOCE PATRIA FORTITER
<<VOCE PATRIA FORTITER>>
W poniedziałek ustna matura z języka polskiego -- przedmiotu, który powinien zajmować szczególną rolę w kształceniu. Niestety, takiej roli nie pełni już od bardzo dawna - zwracał na to uwagę m.in. o. Jacek Woronieckie w szkicach "Około kultu mowy ojczystej" (wyd. I: 1925). Wszak chodzić winno tu przede wszystkim - jak pisze uczony dominikanin - o "opanowanie samego myślenia i pokierowanie całym wewnętrznym rozwojem psychicznym młodego umysłu", a nie tylko poznanie gramatyki (która z dzisiejszej szkoły została praktycznie i teoretycznie
wyrugowana) i zapoznanie z literaturą (i to nie tylko w aspekcie zawartych w niej treści ideowych, ale także ze stroną formalną języka).
W poniedziałek ustna matura z języka polskiego -- przedmiotu, który powinien zajmować szczególną rolę w kształceniu. Niestety, takiej roli nie pełni już od bardzo dawna - zwracał na to uwagę m.in. o. Jacek Woronieckie w szkicach "Około kultu mowy ojczystej" (wyd. I: 1925). Wszak chodzić winno tu przede wszystkim - jak pisze uczony dominikanin - o "opanowanie samego myślenia i pokierowanie całym wewnętrznym rozwojem psychicznym młodego umysłu", a nie tylko poznanie gramatyki (która z dzisiejszej szkoły została praktycznie i teoretycznie
wyrugowana) i zapoznanie z literaturą (i to nie tylko w aspekcie zawartych w niej treści ideowych, ale także ze stroną formalną języka).
wtorek, 12 maja 2015
Fryderyk Foerster o charakterze
„Kształcić charakter znaczy właściwie: wydobyć człowieka ze stanu bezkierunkowości i bezcelowości, a wszczepić weń silne poczucie swego przeznaczenia i w ten sposób uchronić go od przemocy zmiennych wciąż impulsów naturalnych”.
Moc wiążąca dobra
Tylko dobro ma w sobie moc wiążącą nasze czyny i zapewnia władzom duszy stałość w działaniu - przypomina ks. Marian Pirożyński.
Kolegium Św. Benedykta
Wiemy, jak chcemy uczyć i wychowywać. Zanim podejmiemy się współpracy i weźmiemy pod swoją opiekę uczennicę lub ucznia, najpierw przedstawimy dokładnie nasze zasady, duże i małe. Zarówno kandydaci, jak i ich rodzice muszą od początku wiedzieć co i dlaczego mamy zamiar robić. Żadnych zaskoczeń, także finansowych.
Kolegium Świętego Benedykta nie jest ani bezpańskim folwarkiem, ani obwarowaną twierdzą. Rodzice zastaną tu nauczycieli wiedzących jak pomóc ich dzieciom, wychowawców potrafiących zaradzić trudnościom oraz dyrektora umiejącego zarządzać całością.
Ze strony Kolegium Św. Benedykta: http://benedykt.edu.pl/o-nas/246-2/
JESTEŚMY POMOCNIKAMI, MOŻNA NA NAS LICZYĆ
Szkoła nie jest po to, by zabrać dzieci ich rodzicom. Szkoła nie jest po to, by dosłownie zastąpić rodzinę. Z drugiej strony, szkoła ma odciążyć rodziców, a nie angażować ich nieustannie. Szkoła nie powinna stawać się centrum życia całego domu, powodować, że w życiu dzieci i rodziców wszystko zaczyna się kręcić wokół szkoły.
Ze strony Kolegium Św. Benedykta: http://benedykt.edu.pl/o-nas/246-2/
Charakter
"Prawego męża o niezłomnej duszy ni tłuszcza dzikim szałem rozkiełznana, ani groźny wzrok tyrana niczym nie ugnie, hartu w nim nie skruszy." Horacy
poniedziałek, 11 maja 2015
Cat o reformie Jędrzejewicza
Za Pawłem Milcarkiem (z FB): U Cata, w jego publicystycznej historii Polski w międzywojniu doskonały fragment o reformie szkolnej Jędrzejewicza - w lustrzanym odbiciu opisuje to, co tak bardzo chciałbym "odrobić", odkręcić choćby i na jakimś wąskim odcinku: "Była to klęska kultury polskiej. Jędrzejewicz nie rozumiał, że okres gimnazjalny ma takie znaczenie dla mózgu ludzkiego, jak ugniatanie ciasta przed pieczeniem dla chleba, bułek lub klusek. Chodzi o to, by mózg ludzki nauczył się myśleć w sposób prawidłowy. Łacina w tym okresie nie tylko rozwija w nas pamięć, lecz daje na,m poczucie harmonii, wnosi w duszę jakieś rysy i ramy wspaniałej harmonii antycznej. Matematyka zmusza do gimnastyki włókna mózgowe. Gimnazjum powinno dać metodę myślenia, umiejętność znajdowania syntezy, ale też przekonanie, że dyletantyzm, fragmentaryczność, frazes jest rzeczą głupią i wstrętną, że aby o czymś mówić, trzeba daną rzecz poznać, zgłębić, że solidność powinna być cechą każdej pracy. Oczywiście, reforma Jędrzejewicza była zaprzeczeniem tego wszystkiego. Porwał on wiedzę gimnazjalną w strzępy, poodrywał oprawki i okładki z książek, porozrywał stronice, sprawił, że do głowy ucznia pakowano wszelki groch z kapustą, bez ładu i składu. Uczono mnóstwa rzeczy i uczono tego, że niczego uczyć się nie trzeba dobrze". Amen.
niedziela, 10 maja 2015
Początki zainteresowania się kwestią mariawicką przez władze kościelne diecezji płockiej w świetle nowo poznanego dokumentu
Początki zainteresowania się kwestią mariawicką przez władze kościelne diecezji płockiej w świetle nowo poznanego dokumentu
Wstęp
Fenomen mariawityzmu związany jest z ziemiami Królestwa Polskiego, gdzie na przełomie XIX i XX wieku narodził się ruch religijny, który dał początek odrębnej od Kościoła katolickiego wspólnocie wyznaniowej. Szczególnym charyzmatem zgromadzeń mariawickich (męskiego i żeńskiego) miała być adoracja Najświętszego Sakramentu i kult Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Mieli oni stanowić zaczyn odnowy moralnej duchowieństwa. Konwent Kapłanów, zgodnie z objawieniami Założycieli, Feliksy Marii Franciszki Kozłowskiej[1], miał w szczególny sposób wynagradzać Bogu za działalność masonerii[2].
Kwestia mariawicka doczekała się wielu opracowań[3], które w sposób mnie lub bardziej obiektywny[4] traktują o wspólnocie religijnej jaką jest Kościół Mariawicki, istniejący dziś w dwóch denominacjach[5]. Zajmowano się również genezą ruchu mariawickiego, przy rozpoznaniu której wykorzystywano znane do tej pory materiały źródłowe[6]. Dotychczas nie był znany badaczom list, który 13 lutego 1903 r. skierował do Sądu Biskupiego Diecezji Płockiej ks. infułat Piotr Borniński[7] (1862-1936), ówczesny prokurator do spraw finansów, wiary i obyczajów. Dokument ten został odkryty dzięki przekazaniu zasobów archiwalnych bp. Adolfa Piotra Szelążka (1865-1950)[8] ze zbiorów biblioteki KUL władzom diecezji płockiej. Udostępnione zostały one następnie Komisji Mieszanej ds. Dialogu Teologicznego między Kościołem Rzymskokatolickim i Kościołem Starokatolickim Mariawitów. Autor uzyskał do nich dostęp dzięki życzliwości ks. prof. Henryka Seweryniaka.
Jest to dokument szczególnie istotny dla zbadania początków oficjalnego zainteresowania sprawą mariawitów przez władze diecezji płockiej. W chwili, gdy pisany był ten list mariawici działali w kilku diecezjach Królestwa Polskiego już od pewnego czasu (1893 r.). Ich praca, choć prowadzona być może przy wiedzy i nawet pewnym ogólnym przyzwoleniu niektórych hierarchów[9], nie miała charakteru oficjalnego. Trzy lata później, w grudniu 1906 r. zostanie nałożona imienna ekskomunika na Marię Franciszkę Kozłowską i ks. Jana Kowalskiego[10], głównych inicjatorów mariawityzmu[11]. Ostateczna decyzja Watykanu poprzedzona była dość długim badaniem całej sprawy przez odpowiednie dykasterie rzymskie[12].
Na gruncie Kościoła w Polsce zainicjowane było ono oficjalnym przedstawieniem przez mariawitów na początku 1903 r. „objawień” Marii Franciszki Kozłowskiej wraz z historią Zgromadzenia Kapłanów Mariawitów trzem biskupom: płockiemu, warszawskiemu i lubelskiemu[13]. Biskup płocki, Jerzy Szembek (1851-1905), otrzymał je 3 stycznia 1903 r. z rąk ks. Leona Gołębiowskiego[14], mariawity.
Dziesięć dni później ks. Piotr Borniński, późniejszy rektor Seminarium Duchownego w Płocku, kieruje do Sądu Biskupiego wyżej pomienione pismo. Tekst ten został zredagowany na dwóch stronach w języku łacińskim[15].
Warto zadać sobie pytanie, co takiego się stało, że wobec mariawitów zaczęto formułować zastrzeżenia (co im zarzucano?), że postawiono tę kwestię w sposób oficjalny, a ostateczne rozstrzygnięcie było negatywne dla rodzącego się ruchu? Wydaje się, że list ks. P. Bornińskiego rzuca wiele światła na tę kwestię. Dlatego uważamy za wskazane omówić jego treść oraz przedstawić cały tekst w tłumaczeniu na język polski.
Tekst listu ks. Piotra Bornińskiego[16]
„Do Prześwietnego Sądu Biskupiego
Dowiaduję się, że jacyś kapłani naszej diecezji, nazywani pomiędzy ludem mistykami, szerzą nauki, które nie mogą być tolerowane: 1) że kobieta F. Kozłowska ma od Boga objawienia, w których jest wiele rzeczy sprzecznych z prawdziwą wiarą i obyczajami, jak to, że Felicja jest matką i nauczycielką kapłanów, według jej opinii najlepszych, którzy bez inicjatywy i wiedzy ich Ordynariusza powinni być przez nią kierowani i prowadzeni w sprawach dotyczących prawdziwej doskonałości kapłańskiej i niebezpiecznej reformy Kościoła Katolickiego: 2) że została ona powołana przez Boga na wielką reformatorkę całego Kościoła i tylko na jej domu zakonnym spoczęło światło i łaska odnowienia życia Kościoła i biada narodom, jeśli łaski tej nie rozpoznają: 3) że z kapłanów, którzy za nią poszli, Felicja zaczyna tworzyć zgromadzenie, któremu miałyby zastać poddane wszystkie inne zgromadzenia ukryte[17] w Kościele, naturalnie dlatego, że tylko to zgromadzenie, a nie inne, dysponuje skutecznymi środkami do zreformowania zepsutych kapłanów. W te i inne rzeczy wierzą ci kapłani[18] i inni ludzie prości[19]. Jeśli tak się rzeczy mają, to płynie z nich wielkie niebezpieczeństwo dla Kościoła. Dlatego na mocy mojego urzędu proszę, aby kobieta ta i kapłan zostali powołani przed trybunał Biskupa, a także aby zostali przebadani we wszystkim, co się tyczy rzekomych objawień, i żeby zostali przywołani do rozsądku.
Prokurator do spraw finansowych, wiary i obyczajów
Piotr Borniński
Płock 13 lutego 1903 roku.”


Kilka refleksji dotyczących treści pisma
Pisma tego nie należy traktować jako prywatnego listu kapłana piszącego do Kurii. Jest to oficjalny list księdza pełniącego w diecezji określoną funkcję, w ramach wypełniania której zajął się sprawą mariawicką[20]. Nie wiemy skąd czerpał informacje o mariawitach (możemy się tego tylko domyślać)? Kiedy dowiedział się o ich istnieniu? Czy pismo zredagował na podstawie własnych tylko obserwacji czy – co bardziej prawdopodobne – konsultował je z innymi kapłanami? Bez wątpienia jednak była to odpowiedź na napiętą sytuację panującą w wielu parafiach diecezji płockiej. Sprawa, którą przedstawia sądowi biskupiemu związana była bezpośrednio z kwestią wiary i moralności, na straży których miał stać. Mogła ona też mieć pewien związek ze sprawami finansowymi. Mariawici bowiem nie pobierali opłat za posługi religijne, z czego uczynili jedno ze swych sztandarowych haseł[21]. Być może konfratrzy ks. P. Bornińskiego podnosili również i tę kwestię w rozmowach z nim jako prokuratorem do spraw finansowych. W samym piśmie bezpośredniego odniesienia do tej kwestii nie znajdziemy.
Jeśli przyjmiemy, że część biskupów wcześniej wiedziała o istnieniu mariawitów to raczej jest bardzo mało prawdopodobne by ich wiedza dotyczyła „objawień” F. Kozłowskiej czy samej formuły funkcjonowania zgromadzenia kapłańskiego, które stawiało się niejako poza ich jurysdykcją. Początek 1903 r. przynosi w tym względzie zasadniczą zmianę. Wiedza, którą na temat mariawitów dysponuje ks. P. Borniński (także dzięki samym mariawitom[22]), choć zapewne daleka od pełnej, jest jednak dużo większa niż ta, którą wcześniej mogli mieć nieliczni hierarchowie. Borniński będzie w okresie późniejszym jednym z aktywniejszych księży zwalczających mariawityzm, m.in. na łamach „Przeglądu Katolickiego” opublikował tekst zatytułowany: „Błędy fałszywej nauki głoszonej przez kapłanów zowiących się Maryawitami”[23] [pisownia oryg.]. Wykaz zawartych tam „mariawickich błędów” miał służyć proboszczom, aby w razie potrzeby z „[...] ambony, wiernych swej pieczy powierzonych [...]” przestrzec. Tekst ten ukazał się również w 1906 r. w formie 19 stronnicowej broszury.
Wróćmy jednak do analizowanego listu. Warto zwrócić uwagę na to, że w piśmie z 13 lutego 1903 r. pojawiają się zarzuty o charakterze doktrynalnym, poddaje się w wątpliwość wiarygodność „objawień” F. Kozłowskiej. Jest to niezwykle istotne o tyle, że do tej pory przeważała opinia, iż tego typu zarzutów wobec mariawitów na początku nie formułowano, że pojawiły się one dopiero później. Dokument ten jednoznacznie pozwala przyjąć, że już na początku oficjalnego zajęcia się sprawą mariawicką przez Kościół rzymskokatolicki zarzut ten był wyartykułowany. Niepokój budził fakt pozostawania pod kierownictwem kobiety grupy kapłanów, którzy organizują się w zgromadzenie zakonne nie podlegające kontroli biskupów. Głoszą, że są zaczynem odnowy moralnej w Kościele, i tylko oni są dysponentami środków, które mogą przyczynić się do zreformowania życia grzesznych kapłanów[24]. Mamy zatem połączenie zarzutów natury doktrynalnej z zarzutem odnoszącym się do dyscypliny wewnątrzkościelnej (karności), które są ze sobą zresztą zespolone poprzez fakt „objawień”, których są skutkiem. Zarzuty te będą później dominowały przy rozstrzyganiu kwestii mariawickiej.
Widzimy również, że procedurę przesłuchania F. Kozłowskiej i L. Gołębiowskiego władze diecezjalne mogły podjąć z inspiracji ks. P. Bornińskiego[25]. Biskup J. Szembek podejmuje konkretne kroki, choć to nie on, jak się wydaje w świetle znanych nam źródeł, jako pierwszy skierował sprawę do Rzymu. Uczynił to arcybiskup warszawski Wincenty Popiel, kierując 1 czerwca 1903 r. pismo do Prefekta Kongregacji ds. Biskupów i Osób Konsekrowanych. Biskup płocki dopiero w lipcu 1903 r. odbył wyjazd do Stolicy Świętej, gdzie prawdopodobnie przedstawił kwestię mariawicką. W każdym razie 28 maja 1903 r. została przesłuchana przed Konsystorzem Płockim Matka Maria Franciszka Kozłowska[26].
Można przyjąć, że zarzuty, choć nie były one jedynymi, sformułowane w piśmie ks. P. Bornińskiego zadecydowały później o wyłączeniu mariawitów z Kościoła rzymskokatolickiego, co doprowadziło do uformowania się odrębnej wspólnoty wyznaniowej, która istnieje dziś – co już sygnalizowaliśmy wyżej – w dwóch denominacjach: Kościół Starokatolicki Mariawitów i Katolicki Kościół Mariawitów.
Podsumowanie
Reasumując należy stwierdzić, że poznany dokument jest kolejnym ważnym krokiem w badaniach, które prowadzone są nad kwestią mariawicką. Jest to tylko przykład jednego z wielu dokumentów, dotyczących mariawitów, do których udało się dotrzeć w ostatnim czasie. Materiały te pozwalają na poszerzenie pola badawczego, weryfikują dotychczasowe hipotezy, pozwalają odpowiedzieć na szereg pytań stawianych dotychczas przez badaczy, jak również umożliwiają sformułowanie nowych. Pozostaje mieć nadzieję, że będą one służyły odsłanianiu – czasem bardzo bolesnej dla obydwu stron konfliktu – prawdy.
Aneks
List ks. P. Bornińskiego z 13 lutego 1903 r.
(zeskanowany oryginał dokumentu w języku łacińskim)
Archiwum bp. Szelążka, List ks. Piotra Bornińskiego, 13 lutego 1903 r., k.1, k. 1a.
[1] Feliksa (choć nazywano ją częściej Felicją) Kozłowska urodziła się we wsi Wieliczna, koło Węgrowa, w siedleckiem, w dniu 27 maja 1862 r. Rodzicami jej byli: Jakub Kozłowski, szlachcic herbu Nałęcz i Anny z Olszewskich. Zmarła 23 sierpnia 1921 r. w Płocku. Założycielka mariawityzmu (używając określenia „założycielka mariawityzmu” w odniesieniu do Marii Franciszki Kozłowskiej, mamy na myśli to, że była ona inicjatorką Zgromadzenia Mariawitów, które dało początek ruchowi mariawickiemu).
[2] Por. „Objawienia” Feliksy Marii Franciszki Kozłowskiej. „Rękopis watykański”, [w:] W. Różyk, „Objawienia” Marii Franciszki Kozłowskiej według rękopisu z archiwum watykańskiego. Studium teologiczne, Świdnica 2006, Aneks nr 1, s. 212, 234, 243.
[3] Zob. Stan badań – tekst znajdujący się w: E. Warchoł, Proces wydzielania się Związku Mariawitów Nieustającej Adoracji Ubłagania z doktrynalnych i organizacyjnych ram Kościoła, Sandomierz 2003, s. 11-15; W. Różyk, „Objawienia” Marii Franciszki Kozłowskiej według rękopisu z archiwum watykańskiego. Studium teologiczne, op. cit.; zob. także: A. Górecki, Szkic o mariawityzmie, „Przegląd Powszechny” 2002, nr 4, s. 55-66; tenże, Konteksty herezji. Społeczne podłoże rozwoju mariawityzmu, „Przegląd Powszechny” 2004, nr 1, s. 86-100; tenże, Ewolucja doktryny mariawickiej w latach 20. i 30. XX w., http://www.magazyn.ekumenizm.pl/content/article/20060804142045910.htm
[4] Szczególne zacięcie apologetyczne cechuje prace powstałe po rozłamie w 1906 r., oraz te, które pochodzą z okresu międzywojennego. W równej mierze dotyczy to obu stron konfliktu (katolickiej i mariawickiej). Kwestią mariawicką zajmowali się również ludzie spoza obu środowisk konfesyjnych i narodowych. Nie znaczy to, że charakteryzuje je obiektywizm w prezentowaniu kwestii mariawickiej: Arthura Rhode, „Bei den Mariaviten“, Berlin 1911 oraz Nikołaja Rejnke, „Mariawity”, Petersburg 1910. Obu autorów (niemieckiego pastora i rosyjskiego publicystę) zdaje się fascynować możliwość zaszkodzenia polskiemu katolicyzmowi przy wykorzystaniu „kwestii mariawickiej”.
[5] Katolicki Kościół Mariawitów (tzw. denominacja felicjanowska) i Kościół Starokatolicki Mariawitów (tzw. denominacja płocka).
[6][6] Szczególnie odczuwalnym brakiem była niemożność dotarcia do archiwaliów watykańskich (do tej pory jedynie W. Różyk, autor przywoływanej wyżej pracy, dotarł do materiałów, które znajdują się obecnie w Kurii Generalnej oo. Kapucynów w Rzymie, sygnatura AA 39 – tzw. „materiały watykańskie” to rękopis, który delegacja mariawitów wręczyła Papieżowi w sierpniu 1903 r.) oraz rosyjskich. Autor niniejszego tekstu dotarł do materiałów znajdujących się w Archiwum Kongregacji Nauki Wiary w Rzymie oraz w RGIA w Petersburgu. Owocem pracy m.in. nad tymi materiałami będzie rozprawa doktorska, którą właśnie finalizuje.
[7] Prałat kapituły płockiej, dogmatyk, popularyzator teologii, redaktor „Miesięcznika Pasterskiego Płockiego” w latach 1906-1910. Posługiwał się w swoich publikacjach kryptonimami: ks. P. B., P. Bor. Por. M. Grzybowski, Borniński [w:] Słownik polskich teologów katolickich 1918-1981, Warszawa 1983, t. 5, s. 152-154.
[8] Adolf Piotr Szelążek (1865-1950), studiował w Petersburgu, święcenia kapłańskie w 1888 w Płocku, profesor Seminarium Duchownego w Płocku, a następnie rektor (1908-1918), był również członkiem kapituły katedralnej, prezesem Towarzystwa Dobroczynności, 29 lipca 1918 mianowany biskupem pomocniczym płockim (sakra biskupia 24 listopada 1918). 14 grudnia 1925 przeniesiony na stolicę biskupią w Łucku (ingres 24 lutego 1926). Por. M. Grzybowski, Szelążek, [w:] Słownik polskich teologów katolickich…, op. cit., t.7, s. 217-220. Ksiądz Biskup Adolf Piotr Szelążek. Człowiek, pasterz, założyciel. Materiały z sympozjum z okazji 50 rocznicy śmierci Założyciela Zgromadzenia Sióstr św. Teresy od Dzieciątka Jezus, Toruń 1999.
[9] Chodzi tu o biskupów: Franciszka Jaczewskiego, Michała Nowodworskiego i Kazimierza Ruszkiewicza. Wiemy o tym tylko ze źródeł mariawickich. Zob. Historia Maryawitów, „Maryawita” 2(1908), nr 3, s. 46, przyp. 3.
[10] Ks. Jan (imiona zakonne: Michał Maria) Kowalski (25 XII 1871 – 18 V 1942), minister generalny Zgromadzenia Księży Mariawitów, biskup a następnie arcybiskup mariawicki. Po śmierci Mateczki niekwestionowany przywódca wspólnoty mariawickiej. Wprowadzone przez niego innowacje pastoralno-doktrynalne doprowadzą w latach 30. XX wieku do rozłamu w ruchu mariawickim.
[11] Pozostali mariawici otrzymali 20 dni na opamiętanie. Jeśli po tym czasie nadal nie wyrzekną się mariawityzmu będą podlegać klątwie.
[12] Na takie stwierdzenie pozwalają znane nam już materiały znajdujące się w Archiwum Kongregacji Nauki Wiary. Do tej pory uważano generalnie, że Rzym podjął decyzję bez dokładnego zbadania całej sprawy.
[13] Biskup lubelski Franciszek Jaczewski i arcybiskup warszawski Wincenty Teofil Chościak-Popiel nie przyjęli przekazanych tekstów „objawień” i materiałów informujących o powstającym zgromadzeniu. Biskup lubelski, według relacji mariawickiej, miał rzec: „obawiam się rządu, nie chcę tego brać, żebym w razie gdy zdradzicie się i mnie pytać będą, miał czyste oko i mógł powiedzieć, że nic o was nie wiem. Zresztą, żeby krytykować cudze objawienia, trzeba się znać na tym”, a biskup warszawski: „Nie chcę nic wiedzieć. Ja się na tym nie znam” i miał odesłać delegatów do biskupa pomocniczego Ruszkiewicza. Dzieło Miłosierdzia – Historya Mariawitów, „Maryawita” 1907, nr 23, s. 363-366. Archiwum Kongregacji Nauki Wiary, Protokół z zeznań Matki Marii Franciszki Kozłowskie, złożonych przed biskupem Jerzym Szembekiem 28 maja 1903, s. 11-12.
[14] Leon Gołębiowski urodził się 11 kwietnia 1867 r. we wsi Szpice-Szelugi, w diecezji płockiej. Studiował w Seminarium Duchownym w Płocku, a następnie w Akademii Duchownej w Petersburgu. Od 1892 r. pełnił funkcję profesora Seminarium Duchownego w Płocku, będąc nominalnym administratorem parafii Kucice. Był spowiednikiem w seminarium, ale nie pełnił funkcji ojca duchownego (takiej funkcji w seminarium płockim jeszcze wtedy nie było). W 1894 r. Franciszka Kozłowska w czasie spowiedzi w katedrze płockiej wyjawiła ks. L. Gołębiowskiemu, że został powołany do grona kapłanów mariawitów. W zgromadzeniu otrzymał imiona Maria Andrzej. W latach 1899-1901 jest proboszczem w parafii Sikórz. Od grudnia 1902 r. pełni funkcję prowincjała. W 1903 r. ze względu na słabe zdrowie nie piastuje już żadnego urzędu w diecezji płockiej. Odgrywa jednak bardzo ważną rolę w ruchu mariawickim. Przepisuje tekst „objawień”: „Początek Zawiązku…” (30 grudnia 1902), przedstawiony w styczniu 1903 r. biskupowi J. Szembekowi. Tłumaczy na język polski encyklikę papieską „O Przenajświętszym Sakramencie” (jest to drugi polski przekład). Bierze również udział w delegacjach mariawickich wyjeżdżających do Rzymu: 13 sierpnia 1903 r., 3 sierpnia 1904 r., które przyjmie na audiencjach Pius X. 3 lutego 1907 r. bp Apolinary Wnukowski nakłada na ks. Leona Gołębiowskiego ekskomunikę za niepodporządkowanie się dekretowi Kongregacji Świętego Oficjum z 5 grudnia 1906 r. W 1907 r. ks. Gołębiowski zostaje pierwszym proboszczem parafii mariawickiej w Łodzi i redaktorem „Mariawity”. 4 września 1910 r. otrzymał w Łowiczu sakrę biskupią. Zmarł 20 marca 1933 r. w Łodzi. Wiele zawartych tu informacji pochodzi z materiałów strony katolickiej Komisji Mieszanej ds. Dialogu Teologicznego między Kościołem Rzymskokatolickim i Kościołem Starokatolickim Mariawitów będących w posiadaniu autora.
[15] Archiwum bp. Adolfa Piotra Szelążka, Acta sekreta mariavitae, k. 1-1a.
[16] Zob. zeskanowany oryginał dokumentu w Aneksie.
[17] O. Honorat Koźmiński urodził się w Białej Podlaskiej 16 października 1829 r. jako syn Stefana i Aleksandra z Kahlów. W okresie szkoły średniej przeżył poważny kryzys wiary. W 1844 r. rozpoczął studia w Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie na wydziale budownictwa. W kwietniu 1846 r. został aresztowany i osadzony w Cytadeli. Tu nastąpiło jego nawrócenie. W 1848 r. wstąpił do Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów w Lubartowie, 18 grudnia 1850 r. złożył uroczystą profesję zakonną, a 27 grudnia 1852 r. otrzymał święcenia kapłańskie. W latach 1853-1864 pracował w Warszawie. W zakonie pełnił obowiązki spowiednika, nauczyciela religii, misjonarza ludowego, kaznodziei, promotora tzw. Żywego Różańca, dyrektora III Zakonu Franciszkańskiego, sekretarza prowincjonalnego, wykładowcy, definitora i przełożonego klasztornego. W II połowie XIX wieku w obliczu nasilenia prześladowań życia zakonnego o. Koźmiński zaproponował formułę ukrytego życia zakonnego. W Zakroczymiu i Nowym Mieście założył 26 wspólnot zakonnych (23 zgromadzenia bezhabitowe i 3 habitowe). Ich wykaz można znaleźć w: E. Jabłońska-Deptuła, Trwanie i budowa. Honorat Koźmiński kapucyn (1829-1916), Warszawa 1986, s. 211. Zmarł 16 grudnia 1916 r. Najszersza monografia poświęcona o. Honoratowi Koźmińskiemu: M. Werner, O. Honorat Koźmiński, kapucyn 1829-1916, Poznań 1972. Wartą odnotowania jest również praca Marii Mazurek i Marii Wójcik: M. Mazurek, M. Wójcik, Honorackie zgromadzenia bezhabitowe w latach 1874-1914 w Królestwie Polskim i Cesarstwie Rosyjskim, [w:] Materiały do historii zgromadzeń zakonnych na ziemiach polskich w XIX i początku XX wieku, Lublin 1976, s. 201-382. 16 października 1988 roku Ojciec Święty Jan Paweł II wyniósł o. Honorat Koźmińskiego do czci ołtarzy jako błogosławionego.
[18] Warto dodać, że pierwsi kapłani mariawiccy w znacznej swej części byli to ludzie dobrze wykształceni, także profesorowie seminaryjni.
[19]W okresie rozłamu ruch mariawicki objął kilkadziesiąt tysięcy ludzi zamieszkujących głównie, choć nie tylko, diecezję płocką, lubelską, warszawską.
[20] Wcześniej o mariawitach pisał w swej korespondencji z przełożonymi np. o. Honorat Koźmiński. Wiemy też, że w 1897 r. przeciwko mariawitom wystąpił ks. Kazimierz Weloński, który wcześniej był spowiednikiem Mateczki i sióstr z nią związanych. Zdaniem F. Kozłowskiej nastąpiło to po tym, jak „[…] przez plotkę dwóch z naszych sióstr dowiedział się mylnie, że ks. Przyjemski zostałby jako naszym dyrektorem […]”. Motywem antymariawickiej postawy tego kapłana miałyby być zatem względy osobiste. Ks. Weloński miał najpierw kierować wymówki pod adresem ks. Przyjemskiego, „[…] a w tydzień po tem przez kilka niedziel z rzędu gwałtownie w Kościele w czasie nauki wypublikował mnie i moje zgromadzenie, oraz prywatnie wypomniał dobrodziejstwa a zwłaszcza pożyczkę tysiąca rubli mnie uczynioną dla potrzeby do kupna domu”. F. Kozłowska napisała do ks. Welońskiego dwa listy: w pierwszym „[…] z żółcią czyniłam wymówki za te opublikowane i wymawiane mi dobrodziejstwa, a w drugim wymawiałam zaburzenia w domu naszym wywołane przez złe zrozumienie jego słów, z których zawnioskowano, że mówi rzeczy wiadome sobie tylko ze spowiedzi”. Archiwum Kongregacji Nauki Wiary w Rzymie, Protokół z zeznań Matki Marii Franciszki Kozłowskie, złożonych przed biskupem Jerzym Szembekiem 28 maja 1903, s. 13-14.
[21] „[…] przyciągnęli do siebie przede wszystkim obniżeniem do minimum kosztów za wszystkie posługi, które to koszta, zwracają sobie w postaci, prawda, że drobnych, lecz ciągłych i tysiącznych ofiar […].” Archiwum Archidiecezji Lubelskiej, List z 13 lutego 1906, Pismo nr 640, teczka „Mariawici”.
[22] Ks. P. Borniński mógł być zapoznany z materiałami, które delegacja mariawitów przekazała bp. J. Szembekowi 3 stycznia 1903 r.
[23] Por. P. Borniński, Błędy fałszywej nauki głoszonej przez kapłanów zowiących się Maryawitami, „Przegląd Katolicki” 1906, nr 8.
[24] Skargi na księży nie wywiązujących się należycie ze swych obowiązków kierowane przez wiernych do Kurii biskupich są świadectwem tego, że wiele było tu do naprawienia. Rzecz w tym, że mariawici uogólniali winy poszczególnych księży rozciągając je na całe duchowieństwo, poza sobą oczywiście. W późniejszym okresie przygotowywali nawet specjalne spisy niemoralnych czynów duchowieństwa i przesyłali je do Stolicy Świętej. Dokonywało się to w klimacie powszechnego kryzysu wszelkich autorytetów, brutalizacji języka debaty publicznej, oswojenia ze stosowaniem przemocy, itd.
[25] Działania te trzeba oczywiście postrzegać w związku z wręczonymi biskupom przez mariawitów w styczniu 1903 r. dokumentami, o których wspomnieliśmy wyżej.
[26] Ksiądz Leon Gołębiowski został poddany przesłuchaniu 22 kwietnia 1903 r. Dysponujemy protokołem jego zeznań oraz autografem przesłuchania F. Kozłowskiej. Depositio sac. Leonis Gotembiowski [sic!] [w:] Suprema Sacra Congregatio Sancti Officii. De visionibus et revelationibus Feliciae Kozlowski [et de institutione cuiusdam Conquis Sacerdotum sub nomie Mariavitarum – dopisek odręczny]. Votum cum appendicae R.P.D. Dionisii Stwyaert Archiep. Tit. Damascensi Carm. Excalc. Consultoris. Iunio 1904, s. 38-43; oraz tamże: Depositio Feliciae Kozlowski, s. 44-63.
dr Artur Górecki
Tekst opublikowany w "Naszej Przeszłości"
czwartek, 7 maja 2015
O takiej szkole marzyłem... czy ona przetrwa?
AKT ZAŁOŻYCIELSKI KOLEGIUM ŚWIĘTEGO BENEDYKTA
Warszawa, 1 września 2014
Warszawa, 1 września 2014
ZWAŻYWSZY, ŻE
Młodzi ludzie w wieku szkolnym – dziewczęta i chłopcy – powinni otrzymywać od dorosłych i doświadczonych pomoc w drodze do ich własnej dojrzałości, z myślą o spełnieniu powołania, które przewidział każdemu Bóg, oraz o roli społecznej, która z tym powołaniem jest związana.
Rodzice powinni znajdować w szkole pomoc w kształceniu i wychowywaniu swych dzieci, bez lęku o to czy nie są one tam wystawiane na negatywny wpływ manipulacji, relatywizmu i obojętności religijnej.
Kościół jest naszą matką i mistrzynią, a przez wieki dawał wciąż naukę i przykład jak łączyć wiarę z rozumem, dobre życie na ziemi ze zmierzaniem do szczęścia w niebie, to co duchowe z tym co cielesne.
Święty Benedykt w swej Regule pozostawił źródło inspiracji zasad wychowawczych do wykorzystania także poza klauzurą mniszą.
Tradycja edukacji klasycznej – starożytna i oczyszczona przez chrześcijaństwo – dostarcza instrumentów do opracowania programu nauczania zaadaptowanego do wymagań natury człowieka.
TWORZYMY WSPÓLNIE
– niżej podpisani nauczyciele, rodzice, organizatorzy –
nową szkołę o starych fundamentach:
– niżej podpisani nauczyciele, rodzice, organizatorzy –
nową szkołę o starych fundamentach:
KOLEGIUM ŚWIĘTEGO BENEDYKTA,
które obecnie rozpoczyna praktycznie działalność jako liceum z jedną klasą żeńską – a od kolejnego roku szkolnego ma być gimnazjum i liceum o odrębnych klasach męskich i żeńskich.
***
W tej uroczystej chwili, gdy historia Kolegium się rozpoczyna, chcemy ponadto pozostawić dla tych, którzy będą ją kiedyś kontynuowali,
WYRAŹNE ŚWIADECTWO NASZYCH NAJGŁĘBSZYCH INTENCJI,
że nazwę Kolegium Świętego Benedykta ma nosić jedynie szkoła, która
że nazwę Kolegium Świętego Benedykta ma nosić jedynie szkoła, która
– z najgłębszym przekonaniem zachowuje swój charakter katolicki, traktując naukę Kościoła katolickiego jako światło przewodnie, a wspólną modlitwę liturgiczną zgodną z tradycją obrządku rzymskiego jako szczególnie zadbany składnik codzienności szkolnej,
– rzeczywiście czerpie z wychowawczej tradycji Reguły Św. Benedykta,
– realizuje edukację zróżnicowaną, zapewniając osobne klasy i odrębną przestrzeń szkolną dla dziewcząt i chłopców,
– w swoim programie nauczania idzie drogą edukacji klasycznej, używając przy tym takich narzędzi jak: znajomość gramatyki języka ojczystego i łaciny, ćwiczenie w sztuce rozumowania i przemawiania, znajomość Biblii i kanonu literackiego naszej cywilizacji, orientacja w chronologii i lokalizacji wydarzeń dziejowych, poznanie teoretycznych fundamentów matematyki, praktyka śpiewu, prace ręczne.
Gdyby którejś z tych cech miało zabraknąć, niech będzie jasne, że nie jest to już Kolegium Świętego Benedykta i że wola założycieli tej szkoły została złamana.
Kładziemy swoje podpisy pod tym moralnym aktem założycielskim – i niech w przyszłości złoży pod nim swój podpis każdy dyrektor, każdy nauczyciel, każdy prezes organu prowadzącego Kolegium.
***
Akt ten ma być odczytany każdego roku w dniu inauguracji, przez prezesa organu prowadzącego Kolegium lub jego upoważnionego reprezentanta, wobec zgromadzonych: dyrekcji, nauczycieli oraz uczniów i ich rodziców.
Niech Bóg będzie we wszystkim uwielbiony.
Bogusław Kiernicki
Prezes Fundacji Św. Benedykta
Paweł Milcarek
Pełnomocnik Fundacji Św. Benedykta ds. Szkoły
Artur Górecki
Dyrektor Kolegium Św. Benedykta
O różnicach w kształceniu dziewcząt i chłopców
z archiwum:
Współcześnie coraz więcej specjalistów opierając się na wynikach najnowszych badań naukowych, sugeruje powrót do nauczania dziewcząt i chłopców w oddzielnych grupach klasowych, a nawet szkołach. Ich zdaniem płeć ma podstawowe znaczenie dla procesu nauczania.
W toczącym się dyskursie
na temat oświaty przyjmuje się w sposób aprioryczny pewne założenia.
Bardzo niewiele osób ośmiela się podważać samą ideę masowej edukacji i
związany z nią przymus szkolny (czy to w postaci obowiązku szkolnego czy
obowiązku nauki), jak również jej koedukacyjny charakter. Rzadko
pojawia się temat kształcenia zróżnicowanego ze względu na płeć i
kwestia jego wpływu na efekty dydaktyczne i wychowawcze pracy szkoły.
Niestety zainteresowanie i wiedza na ten temat, nawet wśród osób
zawodowo parających się wychowaniem i kształceniem dzieci i młodzieży
jest niewielka. W Polsce kształcenie koedukacyjne uznaje się często za
bezalternatywne, a na szkoły realizujące edukację zróżnicowaną ze
względu na płeć patrzy się często jak na skanseny. W całym kraju tego
typu szkół jest zaledwie ponad siedemdziesiąt. Większość z nich osiąga
bardzo dobre wynik nauczania.
Skąd koedukacja?
Wbrew utartym przekonaniom
funkcjonującym w powszechnej świadomości, koedukacja – upowszechniona
dopiero w drugiej połowie XX – została przyjęta nie dlatego, że
przeprowadzono rzetelne badań w tym obszarze, ale ze względów
ekonomicznych (jest tańsza!) i ideologicznych. Josep M. Barnils, Szef
Europejskiego Stowarzyszenia Edukacji Zróżnicowanej zauważa, że „ten
trend zaczął się stosunkowo niedawno, w połowie XX wieku. Na skutek
nacisków ruchów feministycznych zmieniono system edukacji tak, by
wyrównać szanse dziewczynek i chłopców. Postanowiono wtedy, że dzieci
będą w szkołach robić dokładnie to samo.” Koedukacja miała być
narzędziem do wprowadzenia równości społecznej i równości płci.
Tymczasem, aby przekonać się, że edukacja zróżnicowana nie jest kwestią
ideologii, ale jest czymś naturalnym wystarczy konstatacja, że kobiety i
mężczyźni, dziewczęta i chłopcy różnią się między sobą. Wynika to z
porządku naturalnego i biologii. A zatem dziewczęta i chłopców należy
uczyć innymi metodami, dostosowanymi do specyfiki płci. Tylko wtedy
można wydobyć z nich potencjał wynikający z ich odmienności, co jest
właściwym celem kształcenia zróżnicowanego. Ponadto, nie ma żadnych
dowodów na to, że koedukacja prowadzi do budowania lepszych relacji
między obu płciami. J.M. Barnils konstatuje, że „Nie zostało
udowodnione, że koedukacja doprowadziła do lepszego porozumienia między
obu płciami. Nie ma również dowodów na to, że uczęszczanie przez
dziewczęta i chłopców do tej samej klasy w jakikolwiek sposób
przyczyniło się do nabrania przez nich szacunku do drugiej płci w
większym stopniu niż ma to miejsce w przypadku uczniów z klas
zróżnicowanych ze względu na płeć”. Wręcz przeciwnie, w klasach
koedukacyjnych, przedstawiciele obu płci bardzo często zamykają się w
swoich grupach - jest efektem rosnącej rywalizacji między nimi.
Płeć a nauczanie
Współcześnie coraz więcej
specjalistów z dziedziny psychologii, pedagogiki, medycyny, opierając
się nie na spekulacjach światopoglądowych, ale wynikach najnowszych
badań naukowych, sugeruje powrót do nauczania dziewcząt i chłopców w
oddzielnych grupach klasowych, a nawet szkołach. Ich zdaniem płeć ma
podstawowe znaczenie dla procesu nauczania. Za przykład niech posłużą
nam badania amerykańskiego specjalisty neurologii dziecięcej, Vernera S.
Caviness`a, który w 1996 roku opublikował wyniki swoich badań, które
uzasadniają rozdzielenie dzieci w szkołach ze względu na płeć. Wyniki te
wskazują niebagatelną, bo liczącą około 6 lat różnicę w czasie
dojrzewania dziewcząt i chłopców.
Badania porównawcze
przeprowadzone w Australii przez The Australian Council for Educational
Research (ACER) wśród 270 000 uczniów pokazują, że zarówno chłopcy jak i
dziewczęta, kształceni w klasach jednopłciowych, uzyskiwali w rankingu,
wyniki od 15 do 22 procent lepsze, niż ich koleżanki i koledzy ze szkół
koedukacyjnych. Nauka zaś dawała im więcej satysfakcji. Podkreślono, że
możliwości edukacji koedukacyjnej są ograniczone znaczącymi różnicami w
rozwoju poznawczym, społecznym i fizycznym dziewcząt i chłopców w wieku
12 – 16 lat. Lepsze wyniki w testach osiągają także uczniowie
jednopłciowych szkół brytyjskich publicznych i amerykańskich
katolickich. W badaniach prowadzonych na zlecenie Narodowej Fundacji
Badań nad Edukacją porównywano efekty osiągane przez dzieci uczące się w
tym samym typie szkół (tylko publiczne albo tylko prywatne). Jest to
istotne, bo przeciwnicy jednopłciowej edukacji posługują się argumentem,
że lepsze wyniki uczniów i absolwentów szkół jednopłciowych są związane
z tym, że pochodzą oni z zamożnych rodzin, inwestujących więcej w
edukację.
Edukacja zróżnicowana
pozwala na dostosowanie metody wychowawczych do obu płci – skutkuje to
zmniejszeniem agresji i lepszą dyscypliną. Według J. M. Barnilsa „[…] W
szkołach koedukacyjnych w początkowej fazie nauczania chłopcy na ogół
wypadają gorzej od dziewczynek. Ich możliwości przyswajania wiedzy,
koncentracja rozwijają się wolniej. W efekcie chłopcy ponoszą częściej
edukacyjne porażki i łatwiej zniechęcają się do szkoły. […] Najnowsze
badania pokazują, że dziewczynki, które uczą się w żeńskich klasach,
częściej wybierają studia matematyczno-przyrodnicze i karierę naukową
niż ich koleżanki latami tłumione przez chłopców” . Szczególnie to
ostatnie zdanie powinno zainteresować głosicieli emancypacji kobiet i
tłumaczenia, że koedukacja jest jednym z elementów przełamywania zasad
społeczeństwa tradycyjnego, patriarchalnego.
Edukacja zróżnicowana to
nie tylko korzyści związane z osiągnięciami szkolnym. Pozwala ona
uczniom lepiej poznać swoje mocne i słabe strony, bez ulegania
stereotypom płci. Korzystają na tym zarówno dziewczęta jak i chłopcy. W
badaniach przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii – porównywano postawy
kilkunastoletnich uczniów wobec różnych przedmiotów. Chłopcy ze szkół
jednopłciowych byli zdecydowanie bardziej zainteresowani aktorstwem,
biologią i językami, niż ich koledzy ze szkół koedukacyjnych, u których
dominowało zainteresowanie matematyką i przedmiotami przyrodniczymi.
Podobnie, dziewczęta w żeńskich szkołach, okazywały większe
zainteresowane matematyką i naukami przyrodniczymi niż dziewczęta w
szkołach koedukacyjnych .
W 2005 roku naukowcy
Stetson University na Florydzie ukończyli trzyletni projekt wstępny
porównujący klasy jednopłciowe z koedukacyjnymi klasami w jednej z
publicznych szkół podstawowych. Specjalnie na potrzeby projektu
utworzono klasy monoedukacyjne, dbając o dobór wszystkich istotnych
parametrów, które mogłyby mieć wpływ na wyniki badania: rozmiary klas
były takie same, profil demograficzny był taki sam, wszyscy nauczyciele
przeszli takie samo szkolenie na temat tego, co się sprawdza, a co nie w
kształceniu dziewczynek i chłopców, itp. Następnie przeanalizowano
wyniki, jakie uczniowie poszczególnych klas uzyskali na teście FCAT
(Florida Comprehensive Assessment Test), ze szczególnym uwzględnieniem
odsetka uczniów ocenionych na najwyższym poziomie i zauważono, że
najlepsze wyniki uzyskało:
37 proc. chłopców w klasach koedukacyjnych;
59 proc. dziewczynek w klasach koedukacyjnych;
75 proc. dziewczynek w klasach jednopłciowych;
86 proc. chłopców w klasach jednopłciowych.
Należy pamiętać, że
uczniowie ci uczyli się według takiego samego programu nauczania, w tej
samej szkole, w której zdecydowana większość uczniów miała problemy w
nauce albo problemy z zachowaniem (ADHD itp.). Wielu spośród chłopców,
którzy uzyskali najlepsze wyniki w klasach jednopłciowych, uprzednio, w
klasach koedukacyjnych, opatrzono etykietą „ADHD” lub „ESE” (Exceptional
Student Education – uczniowie ze specjalnymi potrzebami w nauce).
(za http://www.niezbednik.strona.pl/monoeduk.htm)
A jednak różni
Z czego wynikają i co
powodują te różnice? Przyczyn jest bardzo wiele. Ograniczę się tylko
niektórych z nich, omówionych m.in. w książce „Równi, ale różni.
Perspektywy edukacji zróżnicowanej” wydanej w 2007 roku przez Centralny
Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli. Naukowcy wykazali różnice w budowie
mózgu (np. funkcje postrzegania u kobiet kontrolowane są w obu częściach
mózgu, zaś u mężczyzn odpowiada za nie tylko lewa półkula), organizacji
i sposobie działania autonomicznego układu nerwowego chłopców i
dziewcząt. U dziewcząt większą rolę odgrywa układ przywspółczulny (np.
reguluje procesy trawienia, obniża ciśnienie krwi, rozszerza naczynia
krwionośne), zaś u chłopców współczulny (np. zwęża naczynia krwionośne,
przyspiesza akcję serca). Przejawia się to chociażby w sposobie
okazywania i przeżywania uczuć. Różnice widoczne są również w stylach
uczenia się i rozumowania. U chłopców dominuje rozumowanie dedukcyjne, u
dziewcząt indukcyjne. Uczennice wolą konkretne, zaś chłopcy
abstrakcyjne przykłady. Ci drudzy mają lepszą wyobraźnie przestrzenną,
natomiast trzy razy częściej niż u dziewcząt występują u nich problemy z
wysławianiem. Do dziewcząt należy mówić ciszej niż do chłopców,
dziewczęta efektywniej pracują w pomieszczeniach, w których temperatura
jest o kilka stopni wyższa, niż ta, optymalna dla chłopów. Obydwie płcie
inaczej reagują na sytuacje stresowe. Chłopcy szybciej się nudzą
podczas zajęć (dziewczęta w klasach koedukacyjnych tracą na tym, że
nauczyciele znaczną część swojego zaangażowania kierują na
dyscyplinowanie chłopców), potrzebują też większej przestrzeni do nauki i
więcej ruchu od swoich koleżanek. Chłopcy chętniej wykorzystują do
nauki język kodowany (np. diagramy), zaś dziewczynki wolą tekst pisany.
Pracując w grupach, chłopcy tworzą zależności o charakterze
hierarchicznym, zaś dziewczęta wolą struktury bardziej elastyczne.
Zasygnalizowane różnice
powinny powodować zróżnicowanie metod nauczania i inną organizacją pracy
dziewcząt i chłopców, którzy – należy o tym pamięta – są równi, ale
różni. W wielu krajach na świecie od kilku lat daje się zauważyć
tendencję do tworzenia szkół (albo przynajmniej klas) zróżnicowanych ze
względu na płeć. Dzieje się tak m.in. w Irlandii, Luksemburgu, Wielkiej
Brytanii, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Austrii, Australii. Dyskusja
na ten temat toczy się nawet we Francji i Szwecji.
Podsumowanie
Celem osób działających na
rzecz edukacji zróżnicowanej nie jest eliminacja kształcenia
koedukacyjnego z polskich szkół. Nawet oddzielenie od siebie procesie
edukacji dziewcząt i chłopców nie gwarantuje automatycznego sukcesu –
konieczna jest wiedza na temat roli, jaką w nauce odgrywają różnice
płci. Wiedzę tę, w pewnym zakresie, można wykorzystać również w klasach
koedukacyjnych. Chcielibyśmy, aby była ona upowszechniana w środowisku
nauczycielskim, chociażby poprzez programy studiów pedagogicznych
(studia podyplomowe), a rodzice mieli możliwość zdecydowania o miejscu i
formie kształcenia swoich dzieci (pluralizm edukacyjny).
Pozostaje mieć nadzieję,
że organizowany na jesieni tego roku w Warszawie trzeci już (po
Barcelonie i Rzymie) Kongres Edukacji Zróżnicowanej przyczyni się do
rozpropagowania tego tematu w środowisku mediów i polityków, a następnie
w szerszych kręgach społecznych. Jak deklarują organizatorzy, czołowi
światowi praktycy i teoretycy edukacji zróżnicowanej „przedstawią […]
metody nauczania, wyniki badań dotyczące osiągnięć modelu edukacji
spersonalizowanej i zróżnicowanej oraz konkretne światowe doświadczenia
realizacji tego typu nauczania w szkołach publicznych i niepublicznych”.
Może przyjdzie taki czas,
że mniej będziemy dyskutowali o tym, czy uczniowie mogą, czy też nie
mogą mieć na egzaminie paczkę chusteczek higienicznych, a nawet o
osławionej już ewaluacji, a zajmiemy się rzeczywistymi problemami
naszego systemu kształcenia. Brak pogłębionej refleksji nad różnicami
wynikającymi ze specyfiki płci, jest jednym z nich.
autor: Artur Górecki
autor: Artur Górecki
Tekst ukazał się w "Dyrektorze Szkoły", nr 6, 2011.
Elita to arystokracja ducha
Postanowiłem przypomnieć wywiad, którego udzieliłem dawno temu Myśli Konserwatywnej. Wprawdzie ze szkołą, o której mówię niżej, nie jestem związany już w żaden sposób -- poszła ona "własną drogą", z którą się nie identyfikuję -- to pewne myśli zawarte w tekście wywiadu dotyczące edukacji są wciąż aktualne.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wywiad z dr. Arturem Góreckim, Dyrektorem Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego w Warszawie.
Magdalena
Ziętek: Jest Pan dyrektorem szkoły dla dziewcząt. Taki rodzaj szkoły
odbiega od powszechnie przyjętego modelu szkół koedukacyjnych. Czy jest
to wyłącznie wyraz tradycji? Czy taki model znajduje podparcie w
najnowszych wynikach badań naukowych?
Artur
Górecki: Koedukacja jako rozwiązanie systemowe została wprowadzana na
skutek nacisków ideologicznych i ze względów finansowych dopiero w II
połowie ubiegłego wieku. A zatem jest to model dość świeżej daty. Jeśli
chodzi o „Platerki” (tak popularnie nazywana jest szkoła im. Cecylii
Plater-Zyberkówny), to
jej żeńskość jest wypadkową dwóch elementów: tradycji oraz naszego
wieloletniego doświadczenia, popartego badaniami efektów kształcenia i
wychowania realizowanego w szkołach męskich i żeńskich (np. w Australii,
USA, Wielkiej Brytanii). Pokazują one skuteczność takiego modelu
edukacji. Dziewczęta różnią się od chłopców (i nie są to, jak chcieliby
niektórzy, różnice uwarunkowane kulturowo i społecznie). Inne jest tempo
ich rozwoju fizycznego, psychicznego, inaczej funkcjonują od strony
emocjonalnej. Dominujący u nas model edukacyjny przechodzi nad tym do
porządku dziennego, zarówno w sferze kształcenia, jak i wychowania.
Wiele problemów w szkołach rodzi się na styku interakcji między płciami.
Obecność w grupie klasowej przedstawicieli innej płci w istotny sposób
wpływa na zachowania uczniów, niekoniecznie pożądane z punktu widzenia
celów stawianych sobie szkole. Mówienie o tym, że szkoła ma wiernie
odzwierciedlać stosunki panujące w społeczeństwie, także w aspekcie
zróżnicowania płciowego, jest nieporozumieniem. Naturalnym miejscem
socjalizacji młodego człowieka jest rodzina, a nie szkoła, która jest
sztucznym środowiskiem W tym kontekście warto też wspomnieć o różnicy w
osiągnięciach edukacyjnych chłopców i dziewcząt. Jest ona widoczna – jak
zauważa Robert Mazelanik – „we wszystkich demokratycznych systemach
edukacyjnych objętych badaniami międzynarodowymi”. Wystarczy przywołać
chociażby tak popularne u nas badaniach PISA, w których chłopcy wypadają
o wiele słabiej od dziewcząt, np. obszarze umiejętności czytania, która
jest sprawą kluczową dla przebiegu dalszej edukacji. Szkoły
zróżnicowane ze względu na płeć w swojej praktyce edukacyjnej biorą te
dane pod uwagę. Oczywiście jestem daleki od twierdzenia, że odejście od
koedukacji jest remedium na wszelkie bolączki, na które cierpi nasz
system edukacyjny. Potrzebna jest tu zupełnie inna filozofia szkoły, jej
celów itd. Nie wierzę jednak, że taka zmiana w wyobrażalnej przyszłości
jest możliwa, szczególnie że w zachodnim dyskursie kulturowym dominuje
neolewica, która przecież nie chce poznawać człowieka, ale go zmieniać.
Chciałbym tylko, aby każda rodzina mogła kształcić dziecko w taki
sposób, który uzna za właściwy. W tej chwili o takim pluralizmie nie ma
mowy.
M.Z.: Czy społeczna niechęć do modelu edukacji zróżnicowanej ze względu na płeć
nie wynika między innymi z tego, że kiedy mówimy o różnicach między
płciami, gdzieś w tle jednak pojawia się wartościowanie: inna, a więc
gorsza?
A.G.:
Inna, bo dopełniająca, inna, bo przeznaczona do innych zadań – w żadnym
wypadku nie gorsza. Przeciwny sposób myślenia jest skutkiem powszechnie
lansowanego egalitaryzmu. Wszyscy mają być tacy sami, nie można mówić (a
w każdym razie jest to niepopularne) o żadnych hierarchiach,
autorytetach (które z systemu edukacyjnego już dawno wyrugowano),
przyrodzonych talentach i zdolnościach. Wszytko to bardzo zafałszowuje
obraz rzeczywistości, spłaszcza ją i zubaża. Tymczasem hierarchia nikogo
nie wyklucza, nie dokonuje wyrównawczej eliminacji. Podkreślmy raz
jeszcze, że niesprzyjający kształceniu niekoedukacyjnemu (niektórzy nie
lubią tego słowa uważając je za nacechowane negatywnie, dlatego przyjęło
się na gruncie polskim mówić o edukacji zróżnicowanej ze względu na
płeć) klimat społeczny w Polsce uwarunkowany jest ideologicznie.
Jednoznacznie na rzecz koedukacji nie przemawiają żadne racje
merytoryczne.
Zwróćmy
uwagę, że znaczna część kobiet, które odegrały na przestrzeni ostatnich
dziesięcioleci istotną rolę w życiu społecznym, politycznym czy
gospodarczym na świecie, kończyła szkoły żeńskie (np. Madeleine
Albright, Margaret Thatcher, Mary McAleese). Podkreślają one, że fakt
ten nie był bez znaczenia dla ich kariery zawodowej. Mówią o sile
charakteru, wierze we własne możliwości, zdolnościach przywódczych,
które to cechy kształtowane były w takich szkołach. Niejednokrotnie
dokonywało się to wbrew utartym stereotypom. Madeleine Albright
powiedziała kiedyś, że pierwsze doświadczenia polityczne zdobyła już w
szkole. Dziennikarz zasugerował, że był to wynik zmagania z chłopcami w
szkolnym samorządzie. Ależ nie — ripostowała — kończyłam szkołę żeńską!
M.Z.:
Pozwoli Pan, że zadam pewne prowokacyjne pytanie. W niektórych kręgach
konserwatywnych panuje przekonanie, że kobieta powinna realizować się
wyłącznie w domu, jako żona i matka. Czy jako dyrektor żeńskiej szkoły
ponadpodstawowej został Pan kiedyś skonfrontowany z poglądem, że –
trochę upraszczając – do prowadzenia gospodarstwa domowego matura nie
jest potrzebna? Jaka Pana zdaniem, jako dyrektora tej właśnie szkoły –
jest rola kobiet we współczesnym świecie?
A.G.:
Mógłbym tu zacytować słowa naszej Założycielki, która uważała
(podkreślmy, że działo się to w realiach XIX wieku), że kobieta pełni
tak ważne funkcje społeczne – w tym, poprzez fakt bycia matką, rolę
wychowawczyni przyszłych pokoleń – że poziom jej edukacji ma ogromne
znaczenie dla dobra całego społeczeństwa. Uważam, że właśnie w roli żony
i matki objawia się wielkość i wspaniałość kobiety, jej wyjątkowość.
Trzeba o tym mówić. Nie oznacza to jednak, że są to jedyne obszary, w
których kobiety mają możliwość działania. Nie można wszystkiego stawiać
na głowie i „wymazywać” z kobiecości tego, co jest dla niej
fundamentalne. Nie można dążyć do zacierania istniejących obiektywnie,
uwarunkowanych biologicznie i psychicznie, różnic między kobietami a
mężczyznami (co nie przeczy ich ontologicznej równości). Naszym celem
jest kształcenie i wychowywanie mądrych kobiet, które są świadome swej
kobiecości w pozytywnym tego słowa znaczeniu, nie wstydzą się
macierzyństwa, ale jednocześnie są przygotowane do pełnienia innych
zadań w społeczeństwie, pozostając jednak nadal kobietami.
M.Z.:
Pana szkoła obchodzi w tym roku 130. rocznicę powstania. Jej
założycielką była hrabina Cecylia Plater-Zyberkówna. W jaki sposób
postać ta może być stawiana za wzór współczesnym wychowankom?
A.G.: 22
listopada, w dniu imienin naszej Założycielki, zainaugurowaliśmy obchody
rocznicowe 130-lecia założenia Szkoły. Hrabianka Cecylia
Plater-Zyberkówna to kobieta, której biografia zawiera całe bogactwo
różnorakich doświadczeń życiowych. O jej temperamencie może świadczyć
próba ucieczki z domu podjęta w dzieciństwie, której celem było pójście w
ślady Emilii Plater i wzięcie udziału w Powstaniu Styczniowym. Nic z
tego nie wyszło, ale Hrabianka po latach napisała: „Dziwny duch
awanturniczy we mnie nurtował” Ostatecznie poświęca się trosce o
wychowanie młodego pokolenia Polaków. Publikuje, wygłasza odczyty
tematyczne, tworzy środowisko młodych katolików skupionych wokół
tygodnika „Prąd”, a wreszcie zakłada i uposaża szkołę, która w
ówczesnych realiach nosiła miano Zakładu przemysłowo-rękodzielniczego
dla kobiet (w tajemnicy odbywa się w nim nauka języka polskiego i
historii). Wespół z o. Honoratem Koźmińskim zakłada ukryte zgromadzenie
zakonne, którego zostaje członkinią. Cecylia Plater-Zyberkówna była
świadoma wyzwań, które niosły jej czasy. Rozumiejąc dokonujące się
zmiany potrafiła jednocześnie stać na gruncie prawdziwych wartości. Nie
szła na kompromis z prawdą, nie godziła się na bylejakość życia
podporządkowanego hedonistycznym celom. Nawoływała do miłowania Boga i
Ojczyzny, wskazywała drogi wiodące do tego celu. Niektórzy chcieliby w
niej widzieć modernistkę, a nawet feministkę. Znajomość całości jej
dorobku nie pozwala jednak na takie interpretacje. Hrabianka była
kobietą, która potrafiła współkształtować rzeczywistość czasów sobie
współczesnych, a pośrednio także przyszłych (do jej duchowych
spadkobierców można zaliczyć nawet Prymasa Tysiąclecia). Wierzę, że jest
to dziedzictwo, które warto przekazywać dalej.
M.Z.:
Ostatnie 130 lat liczne były w historyczne zawirowania. "Platerki"
powstały jeszcze w okresie zaborów. Jakie były dalsze losy szkoły?
A.G.: Po
odzyskaniu niepodległości szkoła stała się jedną z najlepszych placówek
edukacyjnych w Polsce. Wyróżniała się znakomitym zespołem
nauczycielskim, nowoczesnością metod wychowawczych oraz celów
edukacyjnych. Po śmierci Hrabianki szkoła staje się własnością grona jej
współpracowniczek (członkiń wspomnianego zgromadzenia zakonnego), które
założyły Towarzystwo Oświatowe im. Cecylii Plater-Zyberkówny. Po maju
1926 r. nie obyło się bez napięć powodowanych faktem silnych związków
części nauczycieli oraz rodzin uczennic z obozem narodowym. W czasie
okupacji niemieckiej szkoła nieprzerwanie realizowała swoją misję w
prywatnych domach. Była jedną z pierwszych, jeśli nie pierwszą placówką w
okupowanym kraju, realizującą tajne nauczanie. W 1950 roku władze
komunistyczne zdelegalizowały Towarzystwo, a jego majątek przekazały na
Skarb Państwa. W 1990 roku uchylono decyzję o delegalizacji Towarzystwa i
zwrócono mu zdewastowane budynki szkoły. Sukcesywnie otwarto szkołę
podstawową, liceum, a po reformie w 1998 r. – gimnazjum.
M.Z.:
Szkoła powinna przygotowywać młodych ludzi do tego, by w swoim dorosłym
życiu byli w stanie kształtować otaczającą ich rzeczywistość. Na ile
szkoła podkreśla swoją rolę w kształtowaniu polskich elit? Jakie
umiejętności powinny mieć współczesne elity?
A.G.:
Słowo elita nie ma dziś dobrej prasy. Tym niemniej chciałbym, aby
„Platerki” były szkołą elitarną w znaczeniu szlachetności ducha. Jak
zauważa Russel Kirk szlachetne urodzenie nigdy nie było jednoznaczne ze
szlachetnością ducha. Chodzi tu o połączenie ideałów szlachectwa i etyki
chrześcijańskiej. Mamy więc do czynienia z arystokracją ducha. Takie
właśnie elity chcielibyśmy kształtować. Muszą się one charakteryzować
umiłowaniem Prawdy, Dobra i Piękna. A wtedy nie zabraknie mądrej troski o
dobro wspólne, nie będzie również bicia pokłonów przed różnego rodzaju
bożkami.
M.Z.: Prowadzona przez Pana placówka jest szkołą katolicką. Na czym konkretnie polega model wychowania katolickiego?
A.G.:
Wychowanie „to zespół tych czynności, za pomocą których człowiek
dojrzały człowieka niedojrzałego prowadzi do rozwoju sił fizycznych i
umysłowych, a więc do samodzielności i pełności doskonałej tak, żeby ten
człowiek mógł już własnymi siłami dążyć do podwójnego celu swego
życia”. A zatem doczesność nie może być jedynym punktem odniesienia w
pracy wychowawczej. Celem życia człowieka jest osiągnięcie życia
wiecznego z Bogiem, zbawienia. Zacytowałem kilka zdań ze wstępu do
encykliki Piusa XI „Divini illius magistri” poświęconej
chrześcijańskiemu wychowaniu młodzieży, która winna być dla nas
podstawowym punktem odniesienia. Polecam jednak skonfrontowanie płynącej
z niej nauki z tezami zawartymi w programach części szkół katolickich.
Obawiam się, że ten eksperyment nie będzie napawał optymizmem. W
zacytowanych wyżej słowach zawiera się definicja modelu wychowania
katolickiego. Bóg osobowy jest dla niego punktem wyjścia, oparciem i
celem. Nie może on ograniczać się jedynie do wychowawczego humanizmu,
który rozpoczyna i kończy się na człowieku.
M.Z.:
Cytując Pana słowa, szkoła powinna być miejscem, w którym uczniowie
spotykają się ze swoimi mistrzami-nauczycielami, aby pod ich kierunkiem
stawać się mądrzejszymi, aby pracować nad swoim charakterem, rozwijać
cnoty. Miejscem, gdzie nie mówi się o prawach ucznia, jednocześnie
zapominając o obowiązkach. Miejscem, gdzie nie udaje się neutralności
światopoglądowej (w końcu "tylko krowa nie ma światopoglądu!" – jak
mawiał jeden z Pana profesorów filozofii), gdyż ta jest fikcją i
przykrywką dla relatywizmu i agnostycyzmu. Na ile nowa podstawa
programowa dla gimnazjum i liceum pozwala na realizację takiego ideału
szkoły?
A.G.: Nowa
podstawa programowa to część reformy systemu edukacji, z którą mamy do
czynienia permanentnie od ponad 20. lat. Jej efekty widoczne są gołym
okiem, poczynając od pomysłu obniżenia wieku szkolnego, poprzez nieudany
„eksperyment gimnazjalny”, zewnętrzne testowe sprawdziany wiedzy i
umiejętności itd. Nowa podstawa programowa, która właśnie „weszła” do
szkół ponadgimnazjalnych, jest kolejnym dzieckiem owej „filozofii”
zmian. Na marginesie dodam, że moim zdaniem „w tym szaleństwie jest
metoda”. Z jednej strony można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z
chaosem, z drugiej jednak, wszystkie te działania zmierzają do
uczynienia ze szkoły skutecznego narzędzia indoktrynacji kolejnych
pokoleń w duchu ideologii demoliberalnej. Produktem takiej szkoły ma być
posłuszny obywatel – niemający wprawdzie ogólnej wiedzy o świecie,
niezdolny do krytycznego myślenia, często źle wychowany, o wąskiej
specjalizacji zawodowej. Nowa podstawa programowa łączy programowo
gimnazjum i liceum. Szkoły ponadgimnazjalne praktycznie przestają być
szkołami ogólnokształcącymi. Po pierwszej klasie dokonuje się
specjalizacja pod kątem przedmiotów maturalnych i przyszłych studiów.
Ci, którzy wybiorą rozszerzenia z przedmiotów
matematyczno-przyrodniczych będą mieli zminimalizowaną humanistykę, a
humaniści silnie zredukowane zajęcia z przedmiotów ścisłych.
Systematyczny kurs historii zakończy się dla większości uczniów w
pierwszej klasie szkoły ponadgimnazjalnej, a więc gdy będą mieli po 16
lat (prof. Andrzej Nowak mówi wręcz o „końcu historii w polskiej
edukacji”). Praktycznie rzecz biorąc od strony programowej mamy szkołę
10 letnią (6 lat – szkoła podstawowa, 3 lata – gimnazjum i 1 rok –
liceum, potem ukierunkowanie). Zredukowano również listę lektur
obowiązkowych (w liceum, w wypadku lektur poznawanych w całości, jest
ich chyba 8). Podkreśla się, że nie można już mówić o kanonie lektur, a
jedynie o ich spisie. Prawdą jest, że zestaw lektur nieobowiązkowych
jest dość szeroki, ale w praktyce na egzaminach wymagane będą tylko te
obowiązkowe. To tylko niektóre ze zmian, które wprowadza nowa podstawa
programowa. Mądry nauczyciel może sobie częściowo z nią poradzić, gdyż
tylko od niego zależy, co i jak przedstawi uczniom. On, przynajmniej
teoretycznie, decyduje o lekturach, które przeczyta uczeń itd. Podstawa
programowa nie jest narzędziem ułatwiający pracę nauczycielowi, podobnie
zresztą jak cały obecny system edukacyjny, który należałoby po prostu
zdemontować. Dlatego tak ważna jest autonomia szkół we wszystkich
obszarach ich funkcjonowania. Tymczasem dzieje się zupełnie inaczej.
Świadczą o tym chociażby pomysły dotyczące edukacji seksualnej,
wszechobecność ideologii genderowej, czy wreszcie silne naciski na
proeuropejski kierunek edukacji (nowa podstawa jest dostosowaniem
naszego systemu oświaty do zaleceń Parlamentu Europejskiego). Profesor
Aleksander Nalaskowski w jednym z wywiadów stwierdził, że szkoła mogłaby
pomóc rodzinie poprzez wymaganie od niej, by spełniała swoje obowiązki,
w bardzo elementarnych sprawach, jak chociażby chodzenie na wywiadówki,
na których dziś bywają tylko rodzice uczniów najlepszych, wymaganie
odpowiedniego stroju itp. To mogłaby jednak zrobić – zdaniem prof.
Nalaskowskiego – tylko szkoła konserwatywna, wracająca do korzeni. Nowa
podstawa programowa na pewno nie idzie w tym kierunku. Deklaratywnie
stawia sobie tylko cele praktyczne, nie bierze pod uwagę konieczności
integralnego rozwoju całego człowieka, prawie wcale nie mówi się o
wartościach.
M.Z.: Jaką autonomią dysponują prowadzący szkołę w zakresie tworzenia programu nauczania?
A.G.:
Szkoły zobligowane są do realizacji podstawy programowej, która jest też
punktem odniesienia na egzaminach zewnętrznych. Szkoły w miarę potrzeb i
swoich możliwości mogą tę podstawę poszerzać, rozbudowując poszczególne
moduły w ramach przedmiotów bądź wprowadzając zajęcia wzbogacające ich
ofertę edukacyjną. Dodajmy, że obecnie programy nauczania zatwierdza
dyrektor danej szkoły. Oczywiście muszą one być zgodne z podstawą
programową. Zagadnieniem ściśle związanym z podstawą są podręczniki,
które muszą wcześniej znaleźć akceptację MEN. Ich poziom jest często
katastrofalny, np. do historii na poziomie gimnazjalnym jestem w stanie
wskazać tylko jeden podręcznik na przyzwoitym poziomie.
M.Z.:
Polskie szkoły katolickie zrzeszone są w Radzie Szkół Katolickich.
Jakiego typu wsparcie otrzymują prowadzący szkoły od Rady? Jakie
kryteria należy spełnić, żeby placówka mogła przyjąć nazwę szkoły
katolickiej? I czy istnieje jakiś stały monotoring takich szkół ze
strony Rady?
A.G.:
Szkoły zrzeszone w RSK muszą posiadać dekret biskupa miejsca,
określający ich status oraz konkretne warunki, które muszą spełniać.
Najczęściej jest to obowiązkowa nauka religii dla wszystkich uczniów
oraz zobowiązanie do respektowania nauki Kościoła Katolickiego we
wszystkich aspektach jej działalności. Rada pełni głównie funkcje
wspomagającą funkcjonowanie szkół katolickich, których zdecydowaną
większość stanowią szkoły publiczne, od strony prawnej, formacyjnej.
Reprezentuje interesy tych placówek w relacjach z państwem.
M.Z.:
"Platerki" są szkołą prywatną. Istnieje jednak także możliwość założenia
katolickiej szkoły publicznej. Jakie są wady i zalety obu rozwiązań?
Czy trudno jest założyć szkołę samym rodzicom?
A.G.: Jak
wspomniałem większość szkół katolickich w Polsce to szkoły publiczne
prowadzone jednak przez inne podmioty niż jednostki samorządu
terytorialnego (najczęściej parafie i zgromadzenia zakonne). Wydaje mi
się, że jest to uwarunkowane głównie problemami finansowymi. Szkoła
niepubliczna, a więc także prywatne, dostaje dotację na każdego z
uczniów (w wypadku liceum jest to ok. 400 zł miesięcznie), a pozostałe
koszty musi pokryć czesne. Tymczasem wielu rodzin, które chciałyby
kształcić dziecko np. w naszej szkole, po prostu na to nie stać. Staramy
się to rozwiązywać za pomocą systemu stypendialnego, ale nasze
możliwości są ograniczone. Niestety, ale dzisiejsze elity finansowe to
nie zawsze elity w znaczeniu, o którym mówiłem wcześniej. Szkoła
prywatna ma większy zakres samodzielności, nie obowiązują jej wszystkie
przepisy prawa oświatowego. Można uniknąć części niepotrzebnej
biurokracji, która niejednokrotnie stanowi również narzędzie nacisku
ideologicznego.
Jeśli zaś
chodzi o kwestię powołania do życia nowej szkoły, to od strony formalnej
jej założenie nie jest rzeczą trudną. Wymaga jednak determinacji,
znacznych środków finansowych. Wiele też zależy od lokalnych
uwarunkowań. Natomiast trudnością, od strony funkcjonowania takiej
szkoły, może okazać się problem wyraźnego rozgraniczenia kompetencji
rodziców, dyrekcji szkoły, nauczycieli oraz – w pewnym momencie –
przejęcie „pałeczki” przez koleje pokolenie rodziców. Współpraca między
rodziną a szkołą musi zasadzać się na wzajemnym zaufaniu, które jest
możliwe tylko wtedy, gdy jasno sprecyzuje się swoje oczekiwania, nazwie
wartości, w zgodzie z którymi pragnie się żyć. Wyznaczy wspólne cele i
sposoby ich osiągania.
Dziękuję za rozmowę.
Zachęcamy do lektury artykułu dr. Artura Góreckiego pt. "O różnicach w kształceniu dziewcząt i chłopców"
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

